Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Michał Nowakowski: We Włocławku miałem traumę

Środa, 06 Września 2017, 10:06, Michał Fałkowski

- Gdy przyjeżdżałem do Włocławka to miałem traumę. Boże, znowu ta Hala Mistrzów, gdzie nic mi nie wpada. Tak sobie myślałem. - mówi Michał Nowakowski, od tego sezonu zawodnik Anwilu Włocławek.

Michał Fałkowski: Zacznijmy od roku 2006…

Michał Nowakowski: …kiedy podpisałem pierwszy swój kontrakt z Anwilem Włocławek? OK! Zaczęło się od tego, że zadzwonił do mnie Michał Gabiński, który już rok-dwa związany był z Anwilem. Ja z kolei grałem wówczas w Kozienicach, a Gabi miał wybadać grunt – czy w ogóle byłbym zainteresowany. Następnie zadzwonił do mnie trener Boban Mitev i zaprosił na testy. Zaznaczyłem, że oczywiście chętnie przyjadę, ale nie będą one miarodajne, bo wówczas leczyłem kontuzję kostki.

Ale ostatecznie kontrakt podpisałeś, więc nie było tak źle.

- Tak. Przyjechałem na testy i nie było litości. Trener David Dedek przemaglował mnie tak, że nie mogłem się ruszać, ale dałem radę i podpisałem kontrakt. To była formuła trzy plus trzy. Wówczas tworzyło się fajne zaplecze dla seniorów: Kamil Michalski, Bartłomiej Wołoszyn, Tomasz Kwiatkowski, Michał Szydłowski, oczywiście wspomniany Michał Gabiński. I to głównie z nimi trenowałem w juniorach, ale też jako cała grupa pomagaliśmy w zajęciach seniorów.

Trenerem był Andrej Urlep, który słynął z ciężkich treningów.

- To prawda, ale sam wysiłek nie był dla mnie czymś nadzwyczajnym. Więcej problemów miałem z zapamiętaniem wszystkich zagrywek na dwóch pozycjach. Po raz pierwszy spotkałem się wówczas z taką liczbą setów, zagrywek i wariantów rozegrania akcji, a dodatkowo, trener wymagał, abym znał obie pozycje skrzydłowe. Przyznaję, było ciężko, ale chyba dawałem radę, bo coach zabrał mnie na turniej do Czech, a potem na obóz na Słowenię.

I wtedy bardzo poważnie skręciłeś kostkę…

- Tak. Graliśmy z Olimpiją Lublana. Kamil Pietras, wówczas już gracz ekipy ze Słowenii, biegł w kontrze, a ja chciałem go zatrzymać. Wpadliśmy na siebie, nasze nogi dziwnie się zaplątały, stopa mi się wygięła w nienaturalnym kierunku, poczułem, że coś strzeliło i… przez rok nie grałem w koszykówkę.

Operacja, rehabilitacja?

- Tak, oczywiście. Przeszedłem operację, zresztą sfinansowaną przez Anwil, a następnie rozpocząłem żmudną, roczną rehabilitację. Kiedy ten etap się zakończył i liczyłem, że wrócę do gry, okazało się jednak, że coś zostało źle przeprowadzone i stopa dalej mnie boli. Ówczesny prezes klubu Zbigniew Polatowski powiedział mi jednak, że nie ma dla mnie już miejsca w zespole. Po roku czekania stwierdził, że nie ma już dla mnie miejsca, mam wracać do Warszawy i szukać sobie nowej szkoły, nowego klubu. Proza życia. Chcę w tym momencie zaznaczyć, że reszta pracowników klubu, np. obecny prezes Arkadiusz Lewandowski czy maser Piotr Abrolat zachowywała się w stosunku do mnie bardzo dobrze. 

Byłeś w drugiej klasie liceum, gdy przyszedłeś do Włocławka. Nagle kontuzja, rok przerwy. Nie powiem „było ciężko”, bo to oczywiste.

- Jako młody chłopak, wydawało mi się, że złapałem Pana Boga za nogi. Koszulka Anwilu Włocławek, treningi u Andreja Urlepa, kontrakt w dolarach… Widzę, że się uśmiechasz. No tak było! Nie wiem do dzisiaj dlaczego, ale większość chłopaków tak miała, że pensje otrzymywała w złotówkach, ale po kursie dolara.

I nagle kontuzja, operacja, rehabilitacja, a potem badania kontrole i powrót do Warszawy. Byłem młody, nie wykłócałem się, zabrałem swoje rzeczy i wróciłem do domu. To działo się w sierpniu, więc musiałem szybko znaleźć szkołę i dzięki mojej obecnej żonie jedna placówka przyjęła mnie „za pięć dwunasta”. No i cóż, zacząłem grać lekko w koszykówkę, ale nie w klubie, a dla szkoły…

Tutaj Anwil, kontrakt w dolarach, a tam gra w szkolnych rozgrywkach…

- Był przeskok, ale co miałem zrobić? Płakać? Musiałem wynieść z tego coś pozytywnego. I rzeczywiście wyniosłem. Dobraliśmy się razem z Patrykiem Pełką i zdobyliśmy dla szkoły mistrzostwo Warszawy (śmiech). Odbyła się wielka feta, dyrekcja pękała z dumy. Jednocześnie, zauważyłem, że Patryk chodzi też na treningi do Polonii 2011. I tak od słowa do słowa pewnego dnia spotkałem się z Walterem Jeklinem, Mladenem Starceviciem oraz Leszkiem Karwowskim, którzy zaprosili mnie na treningi. Co ciekawe, od Leszka dowiedziałem się, że oglądał mnie na tych mistrzostwach szkół, zapisał sobie moje nazwisko, ale… zapomniał o mnie, bo prowadził wówczas szerszą selekcję (śmiech). No tak było!

Summa summarum trafiłeś do Polonii 2011.

- Tak, ale zanim to nastąpiło trener Starcević powiedział, że mogę trenować i będzie mi się przyglądał. Po miesiącu podszedł do mnie i powiedział, że coś w sobie mam, że mogę grać w koszykówkę na poziomie ekstraklasy, ale najważniejsze jest to, aby naprawić stopę w 100 procentach. I od tego zaczęliśmy. Przeszedłem więc drugą operację i… rozpocząłem kolejny proces rehabilitacji, tym razem ośmiomiesięczny. Łącznie więc byłem poza poważną koszykówką ponad dwa lata.

Dowiedziałem się, że w trakcie rehabilitacji rozważałeś, że zostaniesz… wioślarzem.

- Tak było (śmiech)! Może „rozważałem” to za duże słowo, ale przeszło mi to przez myśl. Wszystko dlatego, że przed drugą operacją podszedł do mnie anestezjolog, chwilę porozmawialiśmy o kontuzji, operacji i powiedział mi tak: jak nie uda ci się wrócić do koszykówki, to odezwij się. Masz ciało stworzone do wioślarstwa, znam to środowisko, sprawdzimy cię. I stąd – zacząłem o tym myśleć, bo jako koszykarz zdawałem sobie sprawę, że tracę najlepszy czas na rozwój.

Myślisz sobie dzisiaj jeszcze: „co by było, gdyby…”

- Czasem… Kontuzja przytrafiła mi się w najgorszym momencie dla młodego sportowca. I czasem dzisiaj myślę o tym, gdzie bym był i jakbym grał, gdyby nie ta kontuzja. Mam też podobne myśli też w innym kontekście. Przed Anwilem miałem – tak jak Kamil Pietras – ofertę ze Słowenii, ale moja mama powiedziała, że najpierw muszę skończyć szkołę średnią w Polsce i zrobić maturę. I dzisiaj też zastanawiam się gdzie bym był, gdybym wybrał tamtą opcję. Może do kontuzji by nie doszło?

Co trzymało cię w koncentracji, że wrócisz na parkiet?

- Przede wszystkim moja ówczesna dziewczyna, a dzisiaj żona. Do tego, miałem obok siebie Mladena Starcevicia, który ciągle powtarzał mi, że muszę być cierpliwy, że jeśli wyleczę swoją kontuzję na 100 procent, to zacznę grać w kosza. Ja oczywiście denerwowałem się, chciałem wrócić jak najszybciej, ciągle frustrowałem się tym, że innym coś wychodzi, a ja stoję w miejscu. W tym momencie zawsze zjawiał się Mladen, który powtarzał, że wszystko jest kwestią czasu. Uświadamiał mi, że to nie jest przerwa miesięczna czy kilkutygodniowa, ale dwuletnia! I to mnie trzymało przy życiu, a ważnym momentem też była sytuacja, gdy otrzymałem powołanie do kadry U20.

Pamiętasz swój pierwszy mecz po kontuzji?

- Graliśmy mistrzostwa Polski U20 w Sopocie przeciwko Enerdze Czarnym Słupsk. Krył mnie Hubert Pabian. Przegrywaliśmy, było jakieś pięć punktów dla słupszczan, a Hubert ciągle mi trafiał sprzed nosa. A to trójkę, a to z półdychy. Rozochocił się tak, że w pewnym momencie powiedział do mnie, że jestem za słaby, żeby go upilnować. Przyznam – zagotowałem się. Wściekłem się i na niego, i na siebie, przypomniały mi się te wcześniejsze dwa lata ciężkiej pracy i… zapaliłem. Pamiętam, że rzuciłem mu 10 punktów z rzędu i mecz wygraliśmy. To był taki przełom. Od tego momentu sukcesywnie szedłem krok po kroczku do przodu.

Mladen Starcević był dumny?

- Był. Tamten zespół stworzony i wykreowany przez niego to była naprawdę duża rzecz. On poustawiał po swojemu mnie, Tomka Śniega, Jarka Mokrosa, Piotrka Pamułę, Mateusza Bartosza, oczywiście Dardana Berishę, a później Mateusza Ponitkę czy Michała Michalaka. Miał swoje zasady, których trzeba było bezwzględnie przestrzegać, ale przy tym zmuszał nas do tego, byśmy ciągle czytali grę i sami reagowali na wydarzenia na parkiecie. To była wielka nauka.

Zmieniając temat: czy ciebie denerwuje to, że wszyscy kojarzą cię z rzutów za trzy punkty i… właściwie tylko z tym elementem.

- Po pierwsze: tak, rzuty za trzy punkty to moja wizytówka i ten element wykonuję najlepiej. Nie zaprzeczę temu, bo takie są realia. Z drugiej strony jednak: chociażby u Andreja Urlepa w Słupsku bardzo dużo byłem ustawiany jako czwórka mająca grać bliżej obręczy. I dawałem sobie radę. Oczywiście, mój wachlarz zagrań jest mniejszy niż np. Pawła Leończyka, ale uważam, że mogę być przydatny w tym elemencie.

Trochę „skrzywdził” mnie, ale też innych graczy – pod względem indywidualnego rozwoju – system gry w Enerdze Czarnych Słupsk u trenera Donaldasa Kairysa. Litwin tak ustawił sobie zespół, że było dwóch penetrujących, dwóch rzucających za trzy, trzech grających tyłem do kosza i tego się trzymał. Gdy np. na treningach próbowałem zagrać mając kogoś na plecach, momentalnie dostawałem… No, obrywało mi się. Miałem rzucać za trzy i tyle.

Ale wtedy osiągnęliście sukces…

- Tego nie odmówię, bo jako zespół wyglądaliśmy nieźle. Zresztą, trener powielił później ten schemat już z innymi zawodnikami i zdobył kolejny brąz dla Czarnych, więc należą mu się brawa. Jeśli jednak chodzi o indywidualny rozwój poszczególnych graczy, to byliśmy od realizacji konkretnych założeń. Pamiętam, że podczas jednej rozmowy poprosiłem nawet trenera, aby obejrzał mecz jak grałem u coacha Urlepa. I po dwóch dniach trener Kairys przyszedł, powiedział, że obejrzał wideo, przyznał mi rację, że umiem zagrać bliżej obręczy, ale trzyma się swojego pomysłu, wedle którego mam grać na obwodzie i czekać na odrzucenie piłki, albo pick and pop.

Trener Igor Milicić chciał cię we Włocławku właśnie ze względu na te trójki, bo szukał zawodnika, który z pozycji numer cztery rozciągnie grę.

- Tak jak mówię: wiem, że trójki mnie definiują i od tego nie ucieknę. A zaczęło się jakoś w 2005 roku, gdy byłem na zgrupowaniu na U16. I pamiętam, że trener powiedział, żeby po treningach zostawać i oddawać po 500 rzutów. I ja po każdym treningu rzeczywiście zaliczałem te 500 rzutów. I nie chodzi tylko o trójki, także rzuty za dwa, z półdystansu. Zresztą w ogóle to na początku miałem problem, bo ciągle – przy trójkach – nadeptywałem na linię. Przy rzucie mam już tak, że lewa noga stoi przed linią, a prawa ją przekracza. I Mladen Starcević ciągle mi powtarzał: cofnij się, zrób krok do tyłu. Gdy zacząłem rzucać z dalszej odległości, wszystko się ułożyło i dzisiaj mam tak, że jak tylko dostanę piłkę, a stopy stoją dobrze, to ręka idzie automatycznie. A potem słychać tylko trzepot siatki (śmiech).

Pasowała ci koncepcja gry w Kingu Szczecin. Dużo rzucaliście z dystansu.

- Fakt, u nas trzy-czwarte zespołu rzucało za trzy dobrze lub bardzo dobrze. Ale to też nie było tak, że bombardowaliśmy zza łuku i nic więcej. Wiem, że kibice utożsamiają grę szczecinian z takim typem „run and gun”, ale to nie do końca tak było. Mieliśmy przyzwolenie na złamanie zagrywki, ale tylko w pierwszych sześciu sekundach akcji. Chodziło o to, aby zaskoczyć rywala w momencie, gdy defensywa nie jest jeszcze zorganizowana. Gdy przeciwnicy zdążyli się cofnąć do obrony, wówczas graliśmy swoje zagrywki. Ja najczęściej pick and pop z Russellem Robinsonem.

A jak ci się grało w Hali Mistrzów jako zawodnik gości?

- Był taki moment, chyba w Słupsku, że gdy przyjeżdżałem do Włocławka to miałem traumę. Boże, znowu ta Hala Mistrzów, gdzie nic mi nie wpada. Tak sobie myślałem. I potem, gdy przyjeżdżałem tutaj jako koszykarz Kinga, także nie grałem skutecznie. Pamiętam też, że gdy wróciłem po tej kontuzji ponad 10 lat temu i przyjechałem do Włocławka na pierwszy mecz, wówczas z Polonią 2011 Warszawa, to bardzo mocno chciałem się pokazać i udowodnić, że Anwil zrobił źle, skreślając mnie po pierwszej operacji. Ale oczywiście przemotywowałem się i spaliłem już na starcie (śmiech). Potem ktoś mi powiedział, że przemotywowanie jest gorsze od lenistwa i… coś w tym jest.

Teraz będziesz grał jako gospodarz w Hali Mistrzów. Jakie masz oczekiwania?

- Wysokie. Ja wiem, że kibice oceniają pracę klubu i zespołu przez pryzmat przegranego ćwierćfinału, ale ludzie środowiska, koszykarze, trenerzy, patrzą inaczej. I każdy docenia pracę trenera Igora Milicicia i to, że przez kilka miesięcy Anwil był w absolutnym topie. To, co wydarzyło się w ćwierćfinale dla wszystkich było w pewnym sensie niewytłumaczalne, myślę, że także dla graczy Energi Czarnych. Ale takie rzeczy się dzieją. Ja sam jako gracz słupskiego zespołu przeżyłem chyba największą sportową porażkę swojego życia, czyli pamiętny mecz numer pięć ćwierćfinału w Sopocie w sezonie 2013/2014. Na pięć minut przed końcem prowadziliśmy różnicą 18. punktów, a mimo to Trefl wygrał mecz i awansował do półfinału. Koszykówka jest bolesna…

Jesteś kopią Fiodora Dmitriewa. Tyle, że młodszą, lepiej grającą na tablicach i mającą dać większą skuteczność zza łuku. Tak jest, tak będzie?

- Liczę bardzo na rozwój indywidualny pod okiem trenera Igora Milicicia. Widzę jak prowadzi zawodników, wiem, że Anwil gra koszykówkę zaawansowaną taktycznie i mam nadzieję, że się w niej odnajdę. A czy jestem kopią Fiodora? Na pewno on jest tęższy ode mnie, ale fakt, styl mamy podobny (śmiech). W sezonie będę chciał pokazać jednak, że Michał Nowakowski to nie tylko rzut z dystansu, ale także inne elementy gry. Teraz trenujemy naprawdę mocno, jest dużo wiedzy do przyswojenia, wymagający system i trenerzy, którym zależy abyśmy na każdych zajęciach byli mocno skupieni, więc krok po kroku, ale to wszystko musi iść do przodu. Przed nami Kasztelan Basketball Cup, chciałbym aby kibice mieli dużo radości z naszej gry już teraz, ale przede wszystkim w sezonie.